RSS
sobota, 28 grudnia 2013
Poczekalnia

Wyjechać jest łatwo. Kilka spraw do załatwienia w byłej już pracy i z byłym już mieszkaniem; kilka małych smutków nad książkami i innymi rzeczami których nie da się zabrać i kilka większych nad kotem, którego trzeba okrutnie porzucić oddając w dobre ręce. Trzeba pożyczyć na pierwszy tydzień życia i bilet i właściwie już się siedzi w samolocie. Wszystko się robi malutkie, jak ziarnka maku ze szczekającymi na nich makowymi pieskami. Rosną tylko rzeczy, które trzeba załatwic na miejscu.

Po wylądowaniu się czeka. Na autobus, albo jeśli ma się więcej szczęścia na kogoś, kto odbierze z lotniska. Potem na rozmowę o pracę, jak się uda będzie już z górki. W międzyczasie pomieszkiwanie u bliskich i uogólnione poczucie tymczasowości - materac na podłodze w kuchni i cichutkie stąpniecia w nocy. W poczekalni w Job Center sa wygodne, wielkie fotele, więc na rozmowę w sprawie numeru ubezpieczenia czeka się komfortowo. Potem trzeba znaleźć sobie mieszkanie, bo kiedy tylko zamieszkam na własnym jakoś to będzie, jak jeszcze załatwię sobie internet i kupię notebooka. I fotel. I sprowadzę Kot albo znajdę jej stały dom tam. Generalnie perspektywy sa lepsze niz kiedykolwiek. Może lepiej wypocznę jeśli w przyszłym miesiącu kupię fotel? Widziałam kilka takich skórzanych rozklapiszczy, w których zmiesciłabym się z notebookiem, ewentualnym byćmożekotem i pintowym kubkiem kawy. Generalnie to mieszkanie jest takie tymczasowe – za półtora roku chciałabym zamieszkać w domku, ale przecież meble można zabrać.

I tak własnie trafia się do wiecznej poczekalni. Poczekalni na autobus, rozmowę, na załatwienie tego czy owego, na jakąś ważną pocztę, moment kiedy będzie mnie stać na jakiś kluczowy sprzęt, na chwilę, kiedy jakoś tak samo z siebie życie ruszy do przodu. Nie ruszy.  Nie da się życ czekajac na staly kontrakt, fotel czy lodówkę, ale da się życ bez fotela, lodówki, a już na pewno jak wiedzą wszyscy polscy prekariusze da się życ bez stałej umowy o prace.

Nie da się życ w poczekalni, można z niej wyjść.

Tagi: emigracja
20:53, anozognozja
Link Komentarze (4) »
środa, 19 grudnia 2012
Bezradność stosowana

Bardzo długo nie miałam potrzeby pisać, mimo, że świat nieustannie zadziwia mnie, a momentami przeraża. Ot zbyt dużo mi się dzieje dobrego, żebym miała czas na denerwowanie się bezdennymi zasobami beznadziei na świecie. Ale bywa tak, że zwyczajnie nie da się niczego nie powiedzieć.

Jakiś czas temu, w pewnej instytucji wychowawczej okazało się, że dzieci nawzajem wykorzystywały się seksualnie (Teraz, po jakimś czasie zbierania informacji przez pracowników placówki nie do końca wiadomo czy pojawiła się tam jakaś przemoc czy zwyczajnie dzieciaki odkrywały seksualność). Z całą pewnością pojawiło się coś istotnego w społeczności wychowanków tej właśnie placówki. I co zrobiła z tym kadra wysoko wykształconych i kompetentnych wychowawców? Nic.

Przez ponad dwa miesiące nikt nie zrobił absolutnie nic z tym faktem.

Kiedy znajoma na zwykłym spotkaniu towarzyskim wywaliła mi taką informację na stół, między pigwówkę a ciasteczka mózg stanął mi dęba. Potem porwała mnie ściana ognia z niepohamowanej wściekłości na wszystkich, którzy powinni zareagować a nie zrobili tego. Niewiele myśląc zaczęłam razem ze znajomą szukać metody interwencji z zewnątrz. I pojawiła się ściana.

Bo niby co mogę zrobić? Metody, które przyniósł mi do głowy wydawały się ok tylko do momentu, kiedy minął mi gniew. Bo jak się ma zawiadomienie organów odpowiednich do rozpatrzenia przypadku molestowania wśród nieletnich do podstawowego celu, zapewnienia opieki ewentualnym ofiarom? Nijak. Jak się ma rozmowa z przełożonymi kadry prowadzącej ten konkretny przybytek do przerwania sytuacji, w której wykorzystywani stają się wykorzystującymi, kiedy mają taką okazję? Też nie za bardzo. Zwyczajnie nie wiadomo jak się za to zabrać. Oczywiście napisałyśmy kilka maili z uprzejmymi zapytaniami „co w takiej sytuacji, szanowna Fundacjo, szanowna Policjo, szanowny Świecie?”. Dostałyśmy jedną odpowiedź  – broszurkę na temat poprawnego zgłoszenia prokuraturze podejrzenia molestowania dziecka przez dorosłego. Ni w dupę ni w kandelabr do tej konkretnej sytuacji, ale chwała i cześć że w ogóle cokolwiek odpisali, w przeciwieństwie do Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, która jakoś nie raczyła ni słowem*.

W końcu pracownicy placówki zabrali się do rzeczy sami. Nie wiem jak, ale jakoś coś się powoli dzieje w tej sprawie. Z całej sytuacji wyłania się gigantyczna niemoc i niewiedza, również moja. Jak to możliwe, że w placówce wychowawczej nie ma procedur, albo przynajmniej wiedzy gdzie się zgłosić po pomoc w takim przypadku? Jak to możliwe, że nawet kiedy znajdzie się ktoś kto chce coś zrobić, nie bardzo ma co? Coś tu jest bardzo nie tak z samym systemem. Coś tu jest nie tak, skoro nawet porozwieszane po mieście plakaty mówią tylko „reaguj” a nie „w takim przypadku zrób to”.

*swoją drogą stawiam piwo/kawę każdemu niepolicjantowi który znajdzie na stronie Komendy informacje potrzebne w takiej chwili, czyli np. mail osoby zajmującej się prewencją i edukacją wśród nieletnich. Albo jakiś zwykły odpowiadający mail kontaktowy w sprawach różnych – takich z jakimi może się uprzejmie zgłosić zbłąkany i niepewny jak postąpić w danej sytuacji obywatel.

22:18, anozognozja
Link Komentarze (2) »
środa, 18 lipca 2012
Przechodniu, zmów paciorek

Dawno, dawno temu, zdarzało mi się zazdrościć ludziom religijnym. To takie eleganckie rozwiązanie – kiedy ogarnia mnie poczucie bezsensu i depresja, oddać odpowiedzialność i czerpać siły z wiary. Niestety niebiosa nie pobłogosławiły mnie darem wybiórczego uznawania za rzeczywistość jednych baśni, a zaprzeczania innym. Zwyczajnie hurtem wszystkie uznałam kiedyś za fikcję literacką i już tak zostało.

Dziś wspaniały człowiek przyniósł mi terpentynę, żebym mogła zacząć już teraz, natychmiast malować obraz na barter za książkę, której na wyspach szuka na prezent dla absolutnie niezwykłego znajomego kolejna cudowna osoba. Przywilej uczestniczenia w wymianie życzliwych gestów jest moim prywatnym odpowiednikiem modlitwy – opowiada bez słów o tym jak bardzo cieszę się, że jest świat i są ludzie, jak jestem wdzięczna że mogę robić coś dla innych.

Brak religii to nie to samo co brak wiary. Wierzę w ludzi wkoło mnie bardziej, niż spora część znanych mi religijnych osób w swoich bogów.

22:09, anozognozja
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 maja 2012
Przerwa na ołów

Kiedy chemia mózgu jednak zamknie się nad głową, jak czarne pudełko z zamkiem w kształcie pigułki SSRI okazuje się jak niewiele rzeczy jest naprawdę potrzebnych do przeżycia. Horyzont czasowy zamyka się na najbliższej niezbędnej czynności – nie ma sensu planować dalej, przecież nie wiem nawet czy uda mi się wykonać tą jedną i ile czasu mi zajmie. Żadnych dodatków i udziwnień – skoro wybór muzyki, której dałabym rady słuchać trwa tyle samo co przekonanie siebie, żeby przynieść z kuchni wodę do picia i można robić tylko jedną rzecz na raz, to co dla własnego dobra wybrać? Po co dawać sobie taki wybór, skoro on sam może zająć więcej czasu niż obie alternatywne czynności.

Udawane życie w totalnej obojętności. Jest mi absolutnie wszystko jedno. Straciłam z oczu różnicę między komfortem a dyskomfortem. Rozumiem że wiele osób mnie wspiera i wiem, że to coś, co będę sobie bardzo cenić, kiedy już wrócę do siebie. Cenić i dziękować. Ale na razie nie robi mi szczególnej różnicy, czy jestem w domu wśród znajomych, w łóżku bez powodu, żeby się podnieść, na koncercie, w poczekalni u lekarza, w deszczu marznąc, czy w kąpieli z pianą. Dużo czasu i myślenia zajmuje mi pamiętanie, żeby codziennie coś jeść.

Rozmawiałam z koleżanką po depresji ze stanami lękowymi. Ustaliłyśmy, że nie da się tego opowiedzieć komuś, kto sam nie był zamknięty w pudełku. Jak to jest łykać jedną pigułkę dziennie w nadziei że któraś, może dziesiąta, a może dwudziesta ósma, będzie pasować do zamka i da się na raz jeść kanapkę i... i jeszcze nie wiem co, bo po siódmej pigułce nie jestem w stanie sobie jeszcze wyobrazić robienia dwóch rzeczy na raz, ale wydaje mi się, ze kiedyś to potrafiłam.

Tagi: depresja
20:04, anozognozja
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Telefony w mojej głowie

Kiedyś nie wiedziałam po co dzwoni się do ludzi, jeśli nie ma potrzeby przekazania w którąś stronę konkretnej informacji. Zmieniło mi się po pierwszym epizodzie depresyjnym.

Kiedy opadam z sił okazuje się, że potrzebuję wszystkich relacji jakie mam. Z ludźmi, z przedmiotami, z książkami. Z każdym łączy mnie cieniutka jak pajęczynka nić, a tysiące tych nitek, przyczepione z każdej strony nie pozwalają mi upaść. Chociaż wiem, że żadna pojedyncza relacja nie może być podstawą i sensem, to mam w trudnych momentach wrażenie, że odpowiednio duże nagromadzenie takich wątłych niteczek może mnie podtrzymać. Więc biorę w ręce ulubione przedmioty, chociaż nie zamierzam ich używać, czytam ulubione książki, chociaż znam je dobrze. Wtedy okazuje się, że komunikacja nie musi przekazywać żadnej informacji. Może być cichą modlitwą „nitko bądź tu teraz, bo boję się, bo nie mam siły, bo jesteś jednym z elementów, dzięki którym świat jakoś działa”.

Dlatego zawsze, nawet kiedy wydaje się to być zbędne, po czasie, nie na miejscu, niepotrzebne czy powtórzone po dziesięciu jednogłośnych przedmówcach – staram się dać jakieś słowo, uśmiech, cokolwiek, każdemu, kto wydaje się go potrzebować. To tylko jedna cieniutka niteczka, ale jedna cieniutka niteczka od każdego kogo znam to wystarczająco dużo, żeby złapać mnie w sieć, kiedy spadam.

21:00, anozognozja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 kwietnia 2012
Ołowiana godzina

Ołowiana Godzina —
Kto przetrwał, ten ją wspomina
Tak jak ktoś, kto zamarzał, wspomina Biel Śnieżną —
Ziąb — potem Odrętwienie — potem wszystko jedno —

(Emily Dickinson 341)

To najbardziej precyzyjny opis epizodu depresyjnego jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się czytać. Jedna ołowiana godzina, która może trwać miesiąc, albo cztery, albo już nigdy nie minąć tak naprawdę. Można tylko siedzieć i patrzeć jak świat kurczy się z każdym dniem o kolejne sprawy, których nie jestem w stanie załatwić, chociaż jakiś czas temu były proste i oczywiste. Każda czynność staje się coraz trudniejsza, cięższa, mniej sensu ma branie się za cokolwiek. Byłam już kiedyś w miejscu, gdzie maksimum możliwości to ubrać się, częściowo, naciągnąć rajtuzy na jedną nogę i siedzieć godzinę ze wzrokiem utkwionym w wykładzinie, nie znajdując żadnego powodu, żeby włożyć je na drugą, albo całkiem zdjąć.

Pamięć z tego okresu, chociaż bardzo zamglona i wyrywkowa, ciągnie się za mną pięć lat. Za każdym razem kiedy nie mam już skąd wziąć sił, bo przestaję umieć je czerpać z miejsc i ludzi, którzy zazwyczaj mi pomagają, zastanawiam się, czy to znowu depresja. I wiem, chociaż w tych momentach jest to najtrudniejsza rzecz na świecie, że jedyne co mogę zrobić, to pociągnąć tą ołowianą godzinę na zawsze przykutą do nogi kawałek dalej. Pójść na jogę. Do kina. Do pracy. Wyszczotkować kota. Napisać notkę, albo opowiadanie. Odebrać telefon i powiedzieć „ok, przychodź, mam dobrą herbatę”. Chociaż wydaje mi się że nie mam na to siły i nie mam na to ochoty, to wiem, że po kilku miesiącach i tak stwierdzę, że muszę, bo świat zbudowany z mokrej waty jest nieprzyjemnym miejscem do życia na dłuższą metę. Dlatego uciekam od niego od razu, zanim się pojawi, zanim usiądę do połowy ubrana i pozwolę sobie zamarznąć.

17:25, anozognozja
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Rowerem

Dylemat brata: ojciec pewnego chłopca pozwolił mu wyjechać na obóz pod warunkiem, że chłopiec sam zarobi 50 dolarów na ten wyjazd. Kiedy chłopiec spełnił warunek, ojciec rozmyślił się i kazał mu oddać pieniądze. Chłopiec skłamał, że zarobił tylko 10 dolarów, za pozostałe 40 postanowił dopiąć upragnionego celu. Zanim jednak wyjechał, przyznał się do oszustwa młodszemu bratu. Czy brat powinien powiedzieć o tym ojcu?

Przytoczona historyjka to jeden z dylematów służących do diagnozy poziomu rozwoju moralnego w ujęciu niejakiego Kohlberga. Mniejsza o całość teorii i sześć faz rozwoju, które opisał, pokazując jak człowiek startuje od egoistycznego poglądu w stylu „dobre jest to co robi mi dobrze i nie wywoła kary” do moralnej jazdy po krawędzi, a raczej po Kancie: „trzeba móc chcieć, żeby maksyma naszego czynu stała się prawem ogólnym”. Zatrzymajmy się na tej krawędzi na chwilkę, żeby popodziwiać krajobrazy*.

Ostatnio za sprawą nocnej Polaków rozmowy, z bardzo zresztą inteligentnym i fajnym człowiekiem, odświeżył mi się temat ruszony prawie rok temu na pobliskim blogasku. W świetle ogólnego przyzwolenia na używanie roweru po piwku, dwóch, czy ilu tam, no bez przesady, przy wysiłku fizycznym szybko się trzeźwieje, czy to naprawdę jest takie szkodliwe i w ogóle, komu to przeszkadza, czy ma sens oburzanie się? Fakt, że jest takie prawo jeszcze o niczym szczególnym nie świadczy, może to po prostu złe prawo, które należy zmienić?

Przy rozważaniach nad moralnością za wyższy poziom funkcjonowania uważa się taki, na którym badany potrafi przed wydaniem osądu postawić się w pozycji każdej z opisywanych postaci i ustalić, gdzie leżą bardziej podstawowe prawa człowieka, które mogłyby być naruszone każdym z możliwych rozwiązań.

Dla mnie oznacza to, że nawet jeśli myślałabym czasem, że fajnie byłoby pojechać do parku na piwo** pamiętam, że może się tam znaleźć anonimowy przechodzień z dwuletnim dzieckiem, lub psem i że czasem chciałby pewnie spuścić to dziecko, bądź psa ze smyczy, żeby pobiegało sobie luzem, nie martwiąc się, że wbiegnie pod koła dobrze bawiących się, fajnych i inteligentnych, ale spowolnionych w swoich reakcjach rowerzystów.

To taka przysługa, którą warto zrobić ludziom, jeśli oczekuje się od nich wsparcia przy innych, dla odmiany dla nich nie do końca zrozumiałych sprawach. Uprzejmość, którą ludzie robią sobie nawzajem dzieląc pewną przestrzeń – komuś przeszkadza jazda na rowerze po piwie, komuś innemu głośna i natarczywa homofobia, a jeszcze innym głośno śpiewane o 3 nad ranem Malcziki – więc godzimy się na pewne ustępstwa, dając sobie totalną swobodę wyłącznie na terenie prywatnym i oddalonym od siedzib ludzkich. Chciałabym, żeby taka wrażliwość na potrzeby innych była prawem ogólnym, wtedy można byłoby, bo ja wiem na czym tam zależy ludziom na rowerach, poprosić pieszych, żeby byli uprzejmi rozglądać się zanim wlezą na ścieżkę rowerową.

 

* Takie jakie pokazują się nam, kiedy w następnym akapicie podstawimy pod „rower” na przykład „dźwig wysokościowy”.

** nie myślę, do najbliższego parku prowadzi kładka nad torami, taka z masą schodów, za to bez podjazdu, nawet takiego dla wózków (no chyba, że zrobili, od mojej ostatniej wizyty), poza tym na rowerze innym niż stacjonarny ciężko czyta się książki.



21:25, anozognozja
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 marca 2012
Wina

W kilku dyskusjach w ciągu ostatnich tygodni bardzo wyraźnie objawiła mi się tendencja ogółu dyskutantów do znajdowania winnych i kończenia na tym rozmowy. Jakby ustalenie, czy ktoś kto rzuca się pod pociąg jest ofiarą, czy krzywdzicielem (bo przecież maszynista musi z tym dalej żyć) cokolwiek zmieniało.

Dla mnie to trochę myślenie magiczne. Wystarczy wskazać palcem odpowiednią osobę i problem zniknie – przecież od teraz będzie można powiedzieć „samobójcy do gazu” względnie „kierowcy to buce” albo „wszystko to przez pedałów, masonów i cyklistów” pokiwać głową i rozejść się do zajęć. Słuszność moralna będzie zawsze po stronie oskarżyciela i ofiary, więc niczym więcej można się nie przejmować, bo przecież o słuszność moralną tu chodzi. Tylko że nie.

Dzielenie świata na winnych i ofiary po pierwsze niczego nie zmienia, po drugie zmusza każdego człowieka w trudnej sytuacji do myślenia o sobie w tych kategoriach. Nie ma osoby uzależnionej, jest ofiara nałogu albo winowajca cierpienia bliskich. Myślenie w kategoriach winy ustawia ludzi w pozycji, w której najlepiej nie ruszać się i nie robić nic z niczym, bo w każdej chwili możne się okazać, że jesteśmy czegoś winni. No więc spokojnie. Jesteśmy. Absolutnie każdy, łącznie z niemowlętami, winnymi bezsenności wszystkich w promieniu dziesięciu metrów od źródła wrzasku kiedy o trzeciej w nocy rośnie pierwszy ząb. Jesteśmy winni całej masy rzeczy, każdy swoich – niewykonanych telefonów, które należało wykonać, nie pożegnanych właściwie bliskich, którzy odeszli, cierpkich słów, których może nie należało mówić, no ale tak wyszło. Kiszenie się we własnym wstydzie i tym gorętsze oskarżanie kogo popadnie o cokolwiek niczego nie zmienia. Chyba lepiej darować sobie rozważania o winowajcach i pomyśleć o tym, żeby zadzwonić dziś, tam gdzie miało się zadzwonić rok temu, a jutro może zgłosić się do najbliższego centrum interwencji kryzysowej, żeby wziąć od nich trochę ulotek z numerem telefonu i rozwiesić je na stacjach kolejowych.

20:31, anozognozja
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 marca 2012
Dysleksja od środka

Od pewnego czasu noszę się z napisaniem notki o dysleksji. Każdy z nas może zapytać wujka Google co to jest, jaka jest różnica między dysgrafią a dysortografią, oraz dowiedzieć się całej masy bardzo niesamowitych rzeczy jak na przykład, że dysleksja koreluje dodatnio z pomijaniem fazy raczkowania.Tak się złożyło, że potrafię podać poprawną formę wyrazu słownie i sekundę po tym napisać go z błędem. Kiedyś napisałam „jórz”. Mam skrzyżowaną lateralizację. Kiedy widzę wyraz z pomieszanymi literami czytam go jak normalny i nie widzę różnicy, chyba że ktoś mi każe przeliterować. Dysponuję własną, osobistą dysleksją.

Łączy się to z masą wspomnień o lęku i bezsilności. Mówić osobie z dysleksją, że w wyrazie jest błąd to trochę tak jak mówić daltoniście, że czerwony nie pasuje do zielonego. Teraz mogę to odbierać jako lekcję pokory dla butnego dziecka, które myślało, że jeśli czyta samodzielnie od czwartego roku życia, to reszta będzie prosta, ale wtedy byłam zdezorientowana, zła i przestraszona. Nie widziałam i nadal nie widzę błędów w wyrazach, więc nie mam możliwości nauczyć się poprawnego pisania, bo do tego, żeby unikać pisania źle, trzeba odróżniać źle od dobrze. Oczywiście teraz już wiem - wyrazy z błędem, to te podkreślone czerwonym wężykiem, ale z pracami domowymi w podstawówce jakoś... chociaż nie. Koniec końców działało właściwie tak samo.

To było doświadczenie, które teraz nazwałabym alienującym, wtedy nie wiedziałam co się dzieje. Wymagano ode mnie łapania niewidzialnych pcheł. Rodzice wpadli na pomysł, że będę przepisywać książkę, żeby wyrobić sobie pismo i zapamiętać poprawną formę wyrazów. Szczęśliwie dość szybko pomysł upadł i bardzo dobrze, bo przy okazji mogłabym znielubić książki. I to wszystko przy uważnych i dbających rodzicach oraz dość nawet przytomnych, przynajmniej w tej materii nauczycielach. Strach się bać, co byłoby, gdybym trafiła na jednego z takich buców

22:17, anozognozja
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 lutego 2012
Szokująca nonszalancja

Kiedy udało mi się zwycięsko wyjść z karkołomnej inscenizacji śmierci Hanki Mostowiak (wrąbałam się w pracy w pudła, zdarza się najlepszym) myślałam, że szczęśliwie przebrnęłam przez zagrożenia tego dnia i teraz będę już tylko malować paznokcie na różne odcienie przydymionych turkusów i oglądać fajne filmy (przypomniano mi, że jest Donnie Darko), ale nie, świat nie jest aż tak sympatycznym miejscem. Nad bułką moją powszednią* zajrzałam na stronę Wyborczej, skąd wyskoczyło na mnie takie coś. O tym jak niezwykle autorka tekstu nie lubi oceniać ludzi wiedzą już chyba wszyscy. Niesamowite skutki jakie może mieć stwierdzenie Pani Marii Czubaszek, że dwa razy miała aborcję zostały opisane niezwykle obiektywnie i w przemyślnie delikatny sposób, bo przecież na pewno kwaśnieje krowom mleko w wymionach od tego, a zaglądające przez ramię rodzicom dzieci prawicowych publicystów niewątpliwie rzewnie płaczą nad straszliwym losem dwójki Zamordowanych Dzieci Czubaszkowych, a autorka elegancko o tym milczy. No właściwie nie ma się do czego przyczepić.

Dlatego porozmawiajmy o pogodzie. Albo o paznokciach. Bo rozmawianie o rzeczach intymnych jest przecież nonszalanckim szafowaniem prywatnością, jak zawsze w jednym celu – dla popularności i uwagi. Nastolatki nie powinny pytać o antykoncepcję – to przecież intymne. Czy nie ma już żadnej tajemnicy, którą chciałoby się zachować dla siebie? LGTB rozprawiający o swoich bardzo intymnych preferencjach ściągają niezdrową uwagę i niewątpliwie powodują całą masę negatywnych konsekwencji, które mogą ciągnąć się u odbiorców takich treści latami, wystarczy spytać księdza – na pewno opowie o tym coś mądrego. Wywleka się i publicznie pierze brudy, jakieś alkoholizmy, jakieś prywatne sprawy rodzinne, przecież to takie niedelikatne, niepoważne i nieodpowiedzialne. Szokująca nonszalancja.

*najlepsza piekarnia w Łodzi jest na rogu Wojska Polskiego i Obrońców Westerplatte, o czym wiem nie tylko ja, ale również właściciele budki z pieczywem o rzut mokrym beretem od mojego domu i chwała im za to

21:12, anozognozja
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14